Niejedno serce kibica Interu Miami zamarło, gdy Cristian Espinoza wpisał się na listę strzelców w 74. minucie. Chwila, która miała być triumfem, zamieniła się w bolesną porażkę, która wyeliminowała ich z Pucharu Mistrzów CONCACAF. Mimo magicznego 900. gola Lionela Messiego, "Bociany" nie potrafiły utrzymać prowadzenia, a jeden gol na wyjeździe okazał się gwoździem do trumny.
Gol Messiego – 900 razy magia, ale czy wystarczyło?
Wszystko wyglądało tak pięknie. Po tym, jak trener zdecydował się odpocząć swoim największym gwiazdom w ostatnim ligowym remisie w Charlotte, Inter Miami pewnie prowadził w Nashville. Leo Messi, jak to ma w zwyczaju, wpisał się na listę strzelców, zdobywając swój 900. bramkę w karierze. Mecz wydawał się być pod ich kontrolą, a zwycięstwo w zasięgu ręki. Nagle, w jednej krótkiej chwili, wszystko wymknęło się spod kontroli, gdy Nashville SC odpowiedziało. Gol na wyjeździe wstrząsnął Miami i pogrzebał ich nadzieje. Wynik 1:1 po golu Espinozy w 74. minucie zniweczył wcześniejszy wysiłek Messiego. Po bezbramkowym remisie w zeszłym tygodniu w Tennessee, to Nashville awansuje dalej. Ten wynik z pewnością będzie przez jakiś czas odzywał się w głowach zawodników Miami.
Chaos w obronie, czyli jak stracić wszystko w jednej chwili
Przez pierwsze dwie trzecie meczu Inter Miami grał swoje, z wyjątkiem kontuzji nowego nabytku, Sergio Reguilona, jeszcze w pierwszej połowie. Messi zdobył swojego gola w typowy dla siebie, zgrabny sposób, zwodząc obrońców Nashville w polu karnym, zanim pewnie wpakował piłkę do siatki. Wydawało się, że to wystarczy, dopóki… nie wystarczyło. W 74. minucie Espinoza wykorzystał moment chaosu. Po tym, jak bramkarz Dayne St. Clair obronił pierwszy strzał, piłka trafiła pod nogi Espinozy, który natychmiast posłał ją do bramki. St. Clair i połowa defensywy Miami mogli tylko patrzeć, jak leżą jeden na drugim w swoim polu karnym, podczas gdy Espinoza wbijał piłkę między nich.
Nie było już miejsca na późniejszą magię Messiego ani na ratunek dla Miami. Drużyna odpadła z rozgrywek, które tak bardzo chciała wygrać, w swojej drodze do stania się najlepszą drużyną Ameryki Północnej. W tym roku się to nie uda, ponieważ "Bociany" nie były wystarczająco przekonujące, aby osiągnąć potrzebny wynik na własnym stadionie.
Z perspektywy bramkarza Drake'a Callendera, poza utratą bramki, która w dużej mierze wynikła z chaosu po pierwszym strzale, nie miał zbyt wiele pracy. Czy mógł zrobić coś lepiej? Może, ale był w trudnej sytuacji. Nicolas Freire, który miał swój udział w straconej bramce, nieco zagapił się przy akcji, która doprowadziła do gola. Poza tym nie miał wiele do zrobienia, poza momentem, w którym on i Lujan stracili krycie Mukhtara. Julian Gressel, który otrzymał wczesne żółte kartonki, miał pewnie ten fakt cały czas na uwadze. Benjamin Cremaschi był solidnym punktem w ataku, potrafiąc oddać strzał z dystansu. Diego Gomez miał zrobić więcej przy wyrównującej bramce dla Nashville. Pokrył sporo terenu, ale to był ten moment, który miał znaczenie.
Jego obecność na boisku wyraźnie podnosi poziom gry drużyny. Tak było i tym razem, mimo że Nashville celowało w niego serią fauli. David Ruiz nie był szczególnie skuteczny. Miało to sens, gdy został zastąpiony przez Matíasa Silvettiego na początku drugiej połowy. Leonardo Afonso był całkowicie niewidoczny. Nigdy nie potrafił naprawdę dojść do piłki, a w nielicznych momentach, gdy ją miał, niewiele z tego wynikało. Lionel Messi strzelił niesamowitą bramkę, ale poza tym nie zrobił wiele. Miał tylko jeden inny strzał na sekundę przed ostatnim gwizdkiem, ale został zablokowany. Josef Martínez po raz kolejny okazał się nieskuteczny. Czy to już czas, aby zacząć martwić się jego brakiem bramek?
Bramkarz z ławki rezerwowych, CJ Dos Santos, musiał wejść na boisko "na zimno" po kontuzji w pierwszej połowie. Mimo to, poradził sobie całkiem nieźle. Robbie Robinson, który zastąpił Segovię, nie był bardziej efektywny. Yannick Bright robił, co mógł, by wpłynąć na grę w całym obszarze, ale nigdy nie był graczem, który miałby znaleźć bramkę, której potrzebowało Miami. Leonardo Campana, wchodząc na boisko na niecałe 20 minut, dotknął piłki tylko pięć razy. Nawet tak zabójczy napastnik jak on niewiele może zdziałać przy tak niewielkiej liczbie kontaktów z piłką. Trener Gerardo Martino będzie musiał przeanalizować grę zespołu, zwłaszcza fakt, że mimo odpoczynku kluczowych graczy, nie potrafili oni pokonać Nashville.


