Finał Mistrzostw Świata – to wydarzenie, które elektryzuje cały świat, a dla Argentyny jest wręcz świętością. Tymczasem prezydent Javier Milei, zamiast kibicować swojej drużynie z trybun, postanowił pozostać w Buenos Aires. Powód? Zaskakujący i, dla wielu, wręcz niewiarygodny – przesądy i unikanie „złego oka”, które mogłoby przerwać zwycięską passę La Albiceleste.
Mufa, czyli argentyńska klątwa
Milei, znany ze swoich nieco ekscentrycznych poglądów, nie po raz pierwszy udowadnia, że jego działania wykraczają poza konwencjonalną politykę. Tym razem jednak jego decyzja o nieobecności na stadionie podczas finału mundialu przeciwko Hiszpanii, budzi gorące dyskusje. Powód jest prosty, choć dla wielu absurdalny: prezydent obawia się, że jego obecność może sprowadzić nieszczęście na drużynę, która do tej pory prezentuje się znakomicie. Argentyna odniosła imponujące siedem zwycięstw z rzędu w całym turnieju, a Milei uważa, że kluczem do sukcesu jest utrzymanie pewnych, powtarzalnych rytuałów.
Polityk, który sam przyznaje się do głębokich przesądów, odizolował się od świata w swojej oficjalnej rezydencji. Co więcej, ujawniono, że przez cały czas trwania rozgrywek nosi ten sam, ulubiony sweter. W rozmowie z lokalną stacją radiową El Observador Milei wyznał:
Absolutnie nie. Nadal będę oglądał wszystkie mecze z Olivos. Ponieważ jest zimno i nie włączam ogrzewania, noszę sweter w kolorach firmy naftowej. W dniu meczu ze Szwajcarią poczułem, że jest mi bardzo gorąco. Zdjąłem go, a my straciliśmy bramkę. Założyłem go z powrotem i od tamtej pory go nie zdejmowałem.To właśnie ten drobny incydent, kiedy La Albiceleste stracili wyrównującą bramkę przeciwko Szwajcarii (ostatecznie wygrali 3:1 po dogrywce), umocnił go w przekonaniu o magicznej mocy swetra i konieczności zachowania status quo.
Tradycja przesądnych prezydentów
Niepokój Milei związany z „przeklętym” wpływem na losy meczów wpisuje się w długą historię argentyńskich głów państwa, które unikały kluczowych spotkań, aby nie zostać okrzykniętymi przynoszącymi pecha, czyli „mufą”. Ta narodowa tradycja sięga czasów prezydentury Carlosa Menema podczas Mistrzostw Świata w 1990 roku. Jego wizyta w szatni poprzedziła wówczas upokarzającą porażkę Argentyny w meczu otwarcia z Kamerunem. Od tego mrocznego momentu żaden argentyński prezydent nie odważył się postawić stopy na stadionie podczas decydującego meczu swojej drużyny narodowej. Milei kontynuuje więc pewną historyczną narrację, która dla wielu jest symbolem narodowej tożsamości i troski o losy drużyny.
Argentyna przystępuje do wielkiego finału przeciwko Hiszpanii z imponującą serią 14 zwycięstw z rzędu we wszystkich rozgrywkach. Jednak obrońcy tytułu staną przed trudnym zadaniem przeciwko agresywnej drużynie La Roja, która również nie zaznała porażki od 17 spotkań. Lionel Messi, który prowadzi w klasyfikacji strzelców turnieju z ośmioma bramkami, podobnie jak Kylian Mbappe, będzie musiał pokonać solidną hiszpańską defensywę, aby obronić tytuł, bez bezpośredniego wsparcia prezydenta na trybunach. Historia pokazuje, że determinacja i wiara w swoje umiejętności, nawet podsycana przesądami, może prowadzić do niezwykłych zwycięstw.