W Fort Greene, wczesnym niedzielnym porankiem, deszczowe niebo nad Nowym Jorkiem nie było w stanie przyćmić morza czerwono-białych koszulek Arsenalu. Dla zagorzałych fanów, którzy przez ostatnie dwadzieścia lat wstrzymywali oddech, ten dzień był kwintesencją cierpliwości i wiary.
Brooklyn Staje się Północnym Londynem
Deszczowe niebo i mokry bruk nie stanowiły przeszkody. Przed barem FancyFree, który stał się nieformalnym centrum dla Brooklyn Invincibles, jednej z najbardziej oddanych grup fanów Arsenalu w Nowym Jorku, formował się czerwono-biały namiot z parasoli. Wnętrze lokalu było zaparowane od gorączkowych emocji, a chodnik szczelnie wypełniony fanami, którzy desperacko próbowali znaleźć choćby skrawek widoku. To nie był zwykły niedzielny poranek. To był dzień, w którym Arsenal, po raz pierwszy od sezonu 2003-04, technicznie zapewnił sobie czternasty tytuł mistrza Anglii. Choć zwycięstwo przyszło w nieco nietypowy sposób, po remisie Bournemouth i Manchesteru City, niedzielny mecz z Crystal Palace nie był już o matematyczne kalkulacje. Był o to, by mistrzostwo poczuć. I w Brooklynie, poczuli je wszyscy. Lokalni mieszkańcy, przyzwyczajeni do spokoju delikatesów i hipsterów z kawą, mogli tylko obserwować, jak dzielnica na chwilę staje się sercem północnego Londynu. Niektórzy pojawili się już po dziewiątej rano, uzbrojeni we własne piwa i przekąski, próbując przebić się przez tłum i zaparowane okna. W środku panował istny festiwal – od butelek Guinnessa, przez paczki chipsów, po przemoczone koszulki i niemal każdy możliwy model trykotu Kanonierów. A wisienką na torcie były niespodziewane wizyty: burmistrza Nowego Jorku, Zohrana Mamdaniego, słynnego reżysera Spike’a Lee i gwiazdy serialu "Ted Lasso", Jasona Sudeikisa.
Dla kibiców, którzy przez lata byli wyśmiewani, wątpiono w ich wiarę i oskarżano o ciągłe porażki, ten dzień był przełomowy. Po raz pierwszy od dawna bycie fanem Arsenalu wydawało się doceniane, widoczne i powszechnie dzielone. Może to była energia po niedawnych sukcesach Knicks, a może po prostu monumentalność chwili, ale przez kilka godzin w Fort Greene, Arsenal naprawdę stał się nowojorską drużyną sportową. Do momentu rozpoczęcia meczu, FancyFree było już od dwóch godzin przepełnione. Deszcz czy słońce, kolejka czy jej brak, dobry widok czy fatalny – nic nie miało znaczenia. Po 22 latach Arsenal znów był mistrzem. Pozostało tylko zobaczyć, jak zostaną ukoronowani.
Świętowanie Przez Ograniczenia
Gdy tylko pierwszy gwizdek zabrzmiał, sam mecz zaczął rywalizować z szaleństwem, które go otaczało. Miejsca do wygodnego oglądania było niewiele, ale za to mnóstwo przestrzeni na śpiewy, toastowanie i ocieranie się łokciami o innych, równie rozentuzjazmowanych fanów. Przygotowano nawet specjalne, spersonalizowane butelki z czerwonymi etykietami i napisem "Bottled It" – tym samym, którym ironicznie przez lata wyśmiewano Arsenal. Tym razem jednak, fani przejęli tę frazę na własnych warunkach, obracając ją w powód do dumy. Trykoty, stroje i wszystkie możliwe koszulki Arsenalu migotały w tłumie. Obecność Mamdaniego, Lee i Sudeikisa dodawała surrealistycznego wymiaru tej uroczystości. Mamdani wszedł bocznym wejściem kilka minut po pierwszym gwizdku, dyskretnie okryty szalikiem Arsenalu. Bar wybuchł aplauzem, gdy wszedł do już i tak zatłoczonego lokalu. Lee, stojący nieopodal, wprowadził świąteczny nastrój w koszulce z motywem świątecznym Arsenalu. A potem rozbrzmiała pieśń, która zdawała się unosić cały budynek:
Niezależnie od pogody, nieważne czy jest dobry widok, czy fatalny, nic nie miało znaczenia. Arsenal był mistrzem. Teraz wszyscy czekali, by zobaczyć, jak zostaną ukoronowani.Mentalność w całym barze była prosta:
Niezależnie od pogody, wygraliśmy ligę.Dotyczyło to zarówno tych, którzy stali na zewnątrz, przemoczeni do suchej nitki, jak i tych w środku, którzy doskonale znali smak ponurych niedziel jako wieloletni fani Arsenalu. Mecz rozpoczął się w brooklińskim deszczu, podczas gdy Selhurst Park na ekranie wydawał się znacznie bardziej słoneczny. Mimo to, okrzyki nie ustawały. Trener Arsenalu, Mikel Arteta, wprowadził kilka zmian w składzie, stawiając od początku na Gabriela Jesusa i Noni Madueke. Obaj przyczynili się do nadania popołudniu prawdziwie koronacyjnego charakteru. Jesus niemal otworzył wynik trzy minuty po rozpoczęciu, ale obrońca Palace zdołał wybić piłkę z linii bramkowej. Stworzył kolejne okazje, by w końcu strzelić bramkę w 41. minucie, dając Arsenalowi prowadzenie do przerwy i barowi kolejny powód do euforii. Mecz nie obył się jednak bez momentów napięcia. Palace wyrównało w 88. minucie i wydawało się, że zaraz zdobędzie kolejną bramkę, jednak ta została anulowana z powodu spalonego. Przez kilka sekund celebracja przerodziła się w znajomy niepokój fanów Arsenalu. Kanonierzy utrzymali prowadzenie 2:1, i choć sam wynik nie był najważniejszy, to jednak miał znaczenie. Świętowanie tytułu zawsze smakuje lepiej po zwycięstwie. Najlepsza część nadeszła po ostatnim gwizdku.
Szampan i Deszcz na Ulicach Brooklynu
Ceremonia wręczenia trofeum rozpoczęła się w barze, ale szybko przeniosła się na ulicę. Błyskawicznie otwierano butelki, w tym te specjalne, z motywami Arsenalu, a szampan mieszał się z deszczem, gdy kibice przytulali się, śpiewali i próbowali uchwycić w pamięci moment, na który wielu czekało przez całe życie. Nie miało znaczenia, że trofeum nie zostało podniesione na Emirates Stadium, choć byłoby to idealne. Nie miało znaczenia, że tytuł został zapewniony kilka dni wcześniej w nietypowy sposób. Po oczekiwaniu od 2004 roku, szczegóły stały się drugorzędne. Północny Londyn, południowy Londyn, Brooklyn – gdziekolwiek się to działo, Arsenal w końcu tego dokonał. Przed drużyną wciąż stoi jedno, ogromne wyzwanie: finał Ligi Mistrzów przeciwko PSG w Budapeszcie, gdzie będą mieli szansę na skompletowanie historycznego dubletu. Jednak wewnątrz FancyFree, to wydawało się rozmową na później. Niewielu ludzi było gotowych myśleć poza chwilą podniesienia pucharu. Przez jedną poranną sesję, nic nie liczyło się bardziej niż to uczucie, gdy Arsenal zakończył wieloletnie oczekiwanie. Obcy sobie ludzie przytulali się. Na ramionach lądowały tymczasowe tatuaże. Lał się szampan. Padał deszcz. A przez kilka godzin w Brooklynie, lokalny bar stał się centrum świata Arsenalu. Niezależnie od pogody, Arsenal wygrał.


